Jeden dzień na marszu Berlin-Aleppo

Jest środa. Cały dzień zwiedzaliśmy Wenecję. Siadamy wieczorem w hostelu i dyskutujemy o tym co robić dalej. Zostajemy jeden dzień dłużej? Miasto jest piękne. Obydwoje jesteśmy zachwyceni. Wracać już do domu? Powrót zajmie nam kilkanaście godzin.

– Wiesz co? Poczekaj. Przecież i tak będziemy wracali przez Austrię. A przez Austrię przechodzi teraz Marsz dla Aleppo. Jedźmy na marsz.

– Jesteś pewna?

– Tak. Musimy jechać. Przecież to prawie po drodze!

Sprawdzamy. Okazuje się że w czwartek marsz przechodzi już przez granicę ze Słowenią. Nie ma szans żebyśmy dojechali rano do granicy. Pojedziemy popołudniu i przejdziemy w marszu w piątek już na Słowenii. Kontaktuję się z organizatorami marszu. Dostajemy austriacki numer telefonu pod który mamy dzwonić w razie gdybyśmy nie znaleźli grupy.

W czwartek popołudniu ruszamy. Tylko 7 godzin jazdy. Jedziemy przez Włochy i Austrię aż do maleńkiej miejscowości na Słowenii Zgornja Kungota. Zaraz za słoweńską granicą zamknięta droga. Niestety nasza nawigacja tego nie uwzględniła. Jedziemy objazdami, po małych mieścinach. Jest późno, już po 21. Zastanawiamy się czy uda nam się dotrzeć i znaleźć maszerującą grupę.

W końcu dojeżdżamy. Objeżdżamy wieś dokoła. Niestety nie ma śladów marszu. Dzwonimy pod podany numer. Nikt nie odpowiada. Próbujemy z drugiego telefonu. Nie ma nawet sygnału. Dochodzi 22 a my ciągle nic nie wiemy. Cudem znajdujemy Wi-Fi bez wymaganego hasła więc wysyłamy kolejną wiadomość na profil marszu na facebooku. Wiemy że odpowiedź może przyjść za kilka godzin. Zapytamy więc ludzi. Tylko kogo? Jest późno, ulice puste, wszędzie ciemno. Widzimy otwartą piekarnię. Piekarnia otwarta o tej porze? Nasze szczęście, spróbujemy.

Wchodzę do środka. Próbuję tłumaczyć po angielsku o co chodzi i kogo szukamy. Właściciele piekarni, para w średnim wieku, nie znają angielskiego. Mężczyzna proponuje żebym mówiła po niemiecku, on zna niemiecki. Za to ja nie, znam podstawowe zwroty ale nie dam rady wyjaśnić o co chodzi. Rosyjski? Tak rozumiem, ale nie mówię w tym języku. Skąd jesteś? Z Polski? Mów do nas po polsku! Tak więc po polsku, w piekarni w wiosce na Słowenii wyjaśniam, że szukamy grupy maszerującej jutro do Mariboru. Pokazuję zdjęcia na facebooku. Tak widzieli ich dzisiaj, cała wieś widziała. Ale gdzie są teraz? Tego już nie wiedzą…

Milczę przez chwilę zrezygnowana. Para patrzy na mnie i pokazuje na zegarek. Na migi pytają gdzie będziemy dzisiaj spać, przecież już późno. Odpowiadam, że nie wiem, że muszę znaleźć grupę z marszu. Patrzą po sobie, chcą organizować dla nas nocleg, kobieta przynosi nam bułki żebyśmy mieli co jeść. Grzecznie dziękuję, mówię że nie trzeba, że mamy jedzenie, a na pewno uda nam się w końcu dodzwonić pod ten numer.

Dziękuję za pomoc i wracam do auta. Tłumaczę wszystko Mohamedowi. Telefon wciąż nie odpowiada. Jesteśmy zmęczeni. Co robić? Trudno, spędzimy kolejną noc śpiąc w samochodzie. Zatrzymujemy się na parkingu gdzie mamy dostęp do Internetu żeby co jakiś czas sprawdzać czy nie ma odpowiedzi. Budzimy się co chwilę ale w końcu udaje nam się przespać kilka godzin. Wstajemy o 5 i postanawiamy jechać do Mariboru. To tylko 12 km samochodem. Spacerujemy po starej części miasta nad ranem. Jest ciemno i zimno więc wracamy do naszej wioski. Ciągle nie ma żadnej wiadomości. Ale przynajmniej w czasie jazdy trochę rozgrzał nam się samochód. Może nie będzie już tak przeraźliwie zimno?

Zasypiamy ponownie. Przed 8 budzi mnie Mohamed.

– Wstawaj jedziemy! Znalazłem ich. Mamy pięć minut, zaraz wyruszają!

– Ale gdzie? Ale jak znalazłeś?

– Szybciej nie ma czasu!

Zbieram się najszybciej jak mogę. Odwijam z bluz i koców. Przejeżdżamy autem jakieś… 200 metrów! Ty chyba żartujesz! Tutaj? Przecież byliśmy tak blisko! Szkoła. Szkoła położona 200 m od naszego noclegowego parkingu. Tam się zatrzymali. Dlaczego nie pomyśleliśmy żeby sprawdzić to miejsce wcześniej?

Ale jak Mohamed znalazł marsz? Okazało się, że kiedy spałam sprawdził jeszcze raz marszowego fanpage’a. Przy zdjęciach dodawanych w ostatnich dniach tagowano ich autora, fotografa. Napisał więc do niego a ten pokierował nas do szkoły.

Zatrzymujemy samochód tuż przy wejściu, obok „Habibi”, dzielnego Volkswagena transportującego rzeczy niezbędne uczestnikom marszu. Przy wejściu witają nas pakujący się uczestnicy. Wchodzimy do sali gimnastycznej. Jedna z uczestniczek, nie pamiętam już która, opowiada nam co i jak i przedstawia plan dnia. Okazuje się, że wymarsz nie jest za pięć minut, ale o 11. Mamy więc kilka godzin.

Rozglądamy się po sali. Zewsząd witają nas uśmiechy. Po chwili widzę też Anię. Pomysłodawczynię całego marszu i autorkę bloga The Family Without Borders. Podchodzi do nas.

–  Ja cię znam. To znaczy nie znam, ale czytam twojego bloga. Szukaliśmy was wczoraj wieczorem ale nie wiedzieliśmy gdzie jesteście. Pytaliśmy ludzi, ale nikt nie wiedział gdzie nocujecie więc spaliśmy w samochodzie. Czytałam twoją książkę i to chyba dzięki niej się odważyliśmy spać w aucie…. – wylewa się ze mnie potok słów, chcę powiedzieć tyle rzeczy na raz, że w końcu się gubię. Czuję ulgę, że w końcu jesteśmy tam gdzie powinniśmy być.

Ania ściska mnie na powitanie. Cieszy się, że jesteśmy. Wyjaśniam, że byliśmy na wakacjach we Włoszech i uznaliśmy, że to blisko Słowenii więc przyjedziemy chociaż na jeden dzień. Co chwilę ktoś podchodzi żeby nas poznać. Czuję jakbym spotkała się z dawno nie widzianą rodziną.

Po porannej odprawie, mamy chwilę żeby przepakować bagaże. Decydujemy, że to ja pójdę w marszu, a Mohamed przetransportuje nasz samochód do Mariboru i spotkamy się na miejscu. Zresztą przyda się dodatkowe miejsce na transport bagażu innych uczestników. Pakujemy co się da i wyruszamy o 11. Przed nami 15 km.

Na starcie dostaję flagę marszu, którą niosę całą drogę. Kilka innych osób bierze plastikowe torebki. Skoro idziemy to zrobimy coś dobrego dla naszej planety i pozbieramy śmieci.

Pogoda nie zapowiadała się dobrze. Idziemy po nierównym terenie. Wchodzimy pod górę, schodzimy w dół , później znowu trzeba podejść pod górę. Chociaż ze sobą mam tylko plecak z wodą i dodatkową bluzą to początek jest ciężki, wykańcza fizycznie. Szczególnie, że moja kondycja nie jest najlepsza. Co godzinę robimy 5 minut przerwy. To trochę pomaga. Uparłam się, że przejdę, dam radę. To tylko 15 km. Idziemy przez las, zaczyna coraz bardziej padać, jest ślisko. Całą kurtka już dawno mi przemokła. Trzeba bardzo uważać żeby nie poślizgnąć się na liściach i nie zjechać w dół.

Po drodze poznaję coraz więcej osób. Idzie nas trochę ponad 30 osób. Część przyjechała na tydzień, niektórzy idą od samego początku z Berlina, już prawie dwa miesiące. Jest jedna nauczycielka z Warszawy która ferie szkolne wykorzystuje na uczestnictwo w marszu. No to jest nas dwie. Jest Brytyjczyk mieszkający od ponad 20 lat w Polsce, jest Syryjczyk mieszkający w Austrii, jest jeden Turek, ale mieszkający w Niemczech, jest Austriaczka, która rzuciła pracę żeby dołączyć do marszu i chce iść do końca. Kilka osób idzie od samego początku i chcą iść aż do Aleppo. Jest kilkoro Polaków, Francuzów, Austriaków, Niemców, Słoweńców… Sporo osób, z którymi nie zdążyłam nawet porozmawiać. Całkowita mieszanka kultur i ciekawych osobowości. Każdy uczestnik z inną historią, z innym powodem dla którego bierze udział w marszu.

Po kilku godzinach docieramy do Mariboru. Mohamed czeka z ciepłą bluzą. Dobrze go znowu widzieć. Po przerwie na ciepłą zupę mamy przejść jeszcze kawałek i zatrzymać się na nocleg. My niestety musimy już ruszać. Zabieramy jednego z maszerujących, na pociąg w Graz, aby mógł wrócić do Polski i sami ruszamy w kilkunastogodzinną podróż do domu.

Żałuję, że byliśmy na marszu tylko jeden dzień. Żałuję, że nie pojechaliśmy od razu. Zamiast wakacji mogliśmy spędzić tydzień na marszu. Jeden dzień. Tylko jeden, a daje do myślenia więcej niż cokolwiek innego. Chociaż to „tylko” 15 km to nie było łatwo. Nierówny teren, podchodzenie pod górę, deszcz i zimno sprawiały, że kilometry się dłużyły. Jednocześnie słuchałam niesamowitych historii uczestników, którzy opowiadali o spotkaniach z uchodźcami w czasie marszu, o ludziach którzy im po drodze pomogli, o uchodźcach i imigrantach, którzy chcieli iść razem z nimi, ale nie mogli opuścić granic kraju swojego aktualnego pobytu.

Chociaż nie było łatwo to ilekroć myślałam, że mogę nie dać rady, myślałam o ludziach, którzy pokonali tę trasę w drugą stronę. O uchodźcach, którzy często sami, często z rodzinami i małymi dziećmi pokonywali tę drogę żeby znaleźć się w bezpiecznym miejscu. Często bez niczego, czasami w niewielkim dobytkiem. Tylko, że ja po jednym dniu mogę wrócić do domu. Mam gdzie odpocząć po marszu, mogę zjeść coś ciepłego a na końcu drogi będzie czekał mąż z ciepłą bluzą, żebym się nie przeziębiła po marszu w deszczu. Uchodźcy nie mieli tyle szczęścia. Szli dlatego, że musieli, nie wiedząc czy i gdzie zostaną przyjęci i czy znajdą miejsce, w którym będą mogli zostać. Ludzie decydujący się na taką drogę, niełatwą drogę, naprawdę nie mieli wyboru.

Jeśli macie możliwość idźcie na marsz! Jeśli macie znajomych w miejscach przez które przechodzi marsz, skontaktujcie się nimi! Naprawdę przyda się pomoc chociażby w znalezieniu miejsca na nocleg dla maszerujących.

Jestem niesamowicie dumna, że są tacy ludzie jak uczestnicy marszu. Cieszę się, że mogłam ich poznać. Oni robią coś pięknego. Trzymam za was kciuki kochani. Jesteście wspaniali.

*Autorem zdjęć jest Janusz Ratecki, który dzielnie dokumentuje każdy dzień marszu.

One Reply to “Jeden dzień na marszu Berlin-Aleppo”

  1. Dla niektórych 5 km to ogromny dystans, a co dopiero mówić o setkach kilometrów tego marszu. Podziwiam wszystkich uczestników! To piękna inicjatywa.

Dodaj komentarz